Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
79 postów 6 komentarzy

"Rzeczy Wspólne"

Rzeczy Wspólne - "Rzeczy Wspólne" powstały po to, aby poważnie mówić o polityce na przekór niepoważnym czasom. Drugim celem kwartalnika jest aktualizacja polskiego republikanizmu, który uważamy za naszą najlepszą tradycję polityczną.

Szatkowski: Skąd wziąć strategów

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

I spośród wojskowych wychodzą czasem wybitne jednostki o otwartym i nieszablonowym spojrzeniu, wykraczającym poza sferę ich formacji.

Jednak tego typu ludzie w zhierarchizowanej machinie militarnej są zwykle outsiderami. Ich przebicie się ze swoją perspektywą wymaga nie lada determinacji oraz szczęścia. Rodzi się więc zasadniczy wniosek, iż tak jak dla prawidłowego funkcjonowania relacji polityczno-militarnych potrzebni są, posiadający odpowiednią wiedzę, cywile (jako politycy, doradcy, dziennikarze, i wreszcie eksperci think tanków), tak do ich wykształcenia bardziej odpowiednim miejscem są cywilne uniwersytety, a nie akademie wojskowe.

„Potrzeba studiów strategicznych i kontrowersje z nimi związane wynikają jednocześnie z tego samego powodu: jak uczynić siłę militarną racjonalnym instrumentem polityki państwa, a nie bezrozumnej rzezi. Ta kwestia rodzi potrzebę interdyscyplinarnego podejścia, które łączy gramatykę militarną z logiką polityczną”.

„Jeśli strategia ma integrować cele polityki ze sferą operacyjną, musi być tworzona nie tylko przez politycznie uwrażliwionych żołnierzy, ale raczej przez militarnie uwrażliwionych cywilów”.[1]

Richard K. Betts

Słowo „strategia” pochodzi z greki i odnosi się do „sztuki dowodzenia” (w sensie wojskowym). We współczesnych czasach termin ten zyskał ogólniejsze zastosowanie. W ramach nauki zarządzania oznacza proces określenia zasadniczych, długoterminowych celów i zamierzeń przedsiębiorstwa/przedsięwzięcia, przyjęcia określonych przebiegów działania oraz wyznaczenia zasobów koniecznych do osiągnięcia tych celów[2]. Jednak w zachodniej, zwłaszcza anglosaskiej nauce, termin „studia strategiczne” (Strategic Studies – w Wielkiej Brytanii tradycyjnie zwane czasem War Studies, czyli studiami wojennymi) pozostał powiązany z jego początkową, militarną konotacją. Dla tego kontekstu najbardziej przydatna wydaje mi się definicja zaproponowana przez Colina S. Graya, do której odnoszę moje użycie terminu „strategia” w tym artykule. Według Graya strategią jest „teoria i praktyka użycia albo groźby użycia zorganizowanej siły dla celów politycznych”[3]. Dla wyjaśnienia i odróżnienia dodam, że za taktykę uważa się z kolei, w uproszczeniu, użycie jednostek wojskowych dla celów strategii. Granica pomiędzy obydwoma pojęciami jest umowna i płynna, a na gruncie nauk wojskowych uznaje się ponadto istnienie pojęcia pośredniej sfery operacyjnej. Z drugiej strony warto dodać, że strategia w takim klasycznym ujęciu pełni rolę tylko narzędzia państwa, realizującego cele swej metastrategii (np. dobrobyt, rozwój, hegemonia).

Wojna jako sztuka

Klasycznie ujęte zagadnienia strategiczne były jednym z głównych obszarów akademickiej dziedziny stosunków międzynarodowych w okresie zimnej wojny. Początkowo, za wskazaniami jednego z pierwszych zimnowojennych strategów, twórcy teorii odstraszania nuklearnego, Bernarda Brodie’ego, dążono do stworzenia bardzo ścisłej nauki, opartej na obiektywnych algorytmach oraz teoriach ekonomii i zarządzania. Mimo że takie podejście posiada niezaprzeczalny walor w odniesieniu do wielu zagadnień, w tym zwłaszcza do planowania zasobów obronnych, już wojna w Wietnamie wykazała błąd tkwiący w niedocenianiu politycznego, historycznego i kulturowego kontekstu. Zgodnie zresztą ze spostrzeżeniem Carla von Clausewitza, podzielanym przez choćby Basila Liddela Harta czy André Beaufre’a, strategia jest raczej sztuką (w rozumieniu anglosaskim, czyli nauką humanistyczną) niż dyscypliną ścisłą. Inną cechą zachodniej nauki strategii jest także sygnalizowana wcześniej interdyscyplinarność. Jak zauważa Dale Walton, strategia jest polem badań akademickich o bardzo skoncentrowanym kręgu zainteresowania, pozostając jednocześnie pod wpływem wielu czynników kulturowych, technologicznych, etycznych itp.[4]. To „pasożytowanie” na różnych dziedzinach nauk jest charakterystyczne dla wielu dziedzin politologii. Nauki polityczne, a precyzyjniej, ich część składowa, jaką są stosunki międzynarodowe, są bowiem zasadniczą matrycą teoretyczną akademickiej strategii. Uznając rolę teorii politologicznej, warto wskazać za Johnem Baylisem, że zasadniczym nurtem doktrynalnym, w którym rozwija się omawiany kierunek badań, jest realizm[5]. Dzieje się tak z uwagi na pesymistyczne podejście do natury ludzkiej, a także koncentrację na państwie jako zasadniczym podmiocie polityki, które to podejście charakteryzuje „realistów”[6]. Kolejną ważną cechą nauczania strategii jako „sztuki” jest metoda „case study”, w której nieocenionym narzędziem badawczym jest analiza historyczna. Aby zakotwiczona w politologii strategia wnosiła autonomiczną wartość dodaną dla swej matczynej dziedziny, powinna mieć dla siebie partnera w postaci akademickich nauk wojskowych. Betts rysuje w tym miejscu porównanie do relacji ekonomii politycznej oraz ekonomii (właściwej)[7].

Dwie strony strategii

Ta relacja z rzemiosłem militarnym (wywiadowczym, propagandowym itp.) stanowi oś tak rozumianych studiów strategicznych. Rodzi to więc dla kierunku akademickiego wyzwania dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, aby zrozumieć wiele zagadnień strategicznych, należy znać i rozumieć nie tylko przyczyny oraz konsekwencje wojny, ale i jej przebieg. Dla przykładu – w licznych przypadkach sama znajomość tła politycznego czy gospodarczego nie pozwoli na wytłumaczenie przyczyn i biegu wypadków wojennych. Polskiego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920 r. czy  niemieckiego w kampanii zachodniej w 1940 r. nie da się zrozumieć bez podstawowego pojęcia sztuki operacyjnej czy też zrozumienia różnicy doktryn walczących stron. Dlatego adepci strategii muszą posiąść znajomość i zrozumienie arkanów rzemiosła wojennego, wywiadowczego itp. Aby nie polegać więc na samokształceniu, Betts sugeruje, by w skład studiów strategicznych wchodził program nauk wojskowych.

Po drugie jednak, i niemniej ważne: ta zasada działa też w drugą stronę. Zacznijmy od problemu kształtowania strategii na poziomie kierowania państwem. Znana teza von Clausewitza, iż wojna jest kontynuacją polityki prowadzoną innymi środkami, prowadzi do konkluzji Henry’ego Kissingera – nie istnieje czysto „profesjonalna” i „apolityczna” ekspertyza militarna[8]. Jeszcze dalej poszedł Georges Clemenceau, stwierdzając, że „wojna jest zbyt ważna, aby ją zostawić generałom”[9]. Bernard Brodie uzasadniał sceptycyzm wobec powierzania wojskowym całości kierowania strategicznego, wskazując, że natura wykształcenia i doświadczenia militarnego czyni zdecydowaną większość ludzi w mundurach zbyt skoncentrowanymi na taktyce i technice, na narzędziach i środkach działań zbrojnych, zamiast na ich celach[10]. Betts dorzuca kolejny argument, twierdząc, że tradycyjna lojalność wojskowych wobec ich rodzaju sił zbrojnych i koloru beretu uniemożliwia całkowicie obiektywną analizę na szczeblu strategicznym[11]. Klasyczna praca Barry’ego Posena „The Sources of Military Doctrine”, badająca stosunki polityczno-militarne we Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii w latach 30., podsumowuje ten tok myślenia. Wyjaśnia ona, że powstanie takich militarnych innowacji na skalę strategiczną, jak Blitzkrieg czy brytyjski system skutecznej obrony powietrznej, nie byłoby możliwe bez zewnętrznego bodźca nadawanego poprzez cywilny, polityczny czynnik. Z kolei w przypadku Francji pozostawienie strategii w rękach hierarchii wojskowej (co wynikało także z braku tradycji strategicznego kształcenia cywilów) doprowadziło do nieefektywności sił francuskich w późniejszej kampanii 1940 r.[12] Gwoli sprawiedliwości, przyznać należy, że także i spośród wojskowych wychodzą czasem wybitne jednostki o otwartym i nieszablonowym spojrzeniu, wykraczającym poza sferę ich formacji. Przykładami takich osób może być Charles de Gaulle czy wspomniany wcześniej Basil Liddel Hart. Problem polega jednak na tym, że tego typu ludzie w zhierarchizowanej machinie wojskowej zwykle są outsiderami. Ich przebicie się ze swoją perspektywą wymaga nie lada determinacji oraz szczęścia. Rodzi się więc zasadniczy wniosek, iż tak jak dla prawidłowego funkcjonowania relacji polityczno-militarnych potrzebni są, posiadający odpowiednią wiedzę, cywile (jako politycy, doradcy, dziennikarze, i wreszcie eksperci think tanków), tak do ich wykształcenia bardziej odpowiednim miejscem są cywilne uniwersytety, a nie akademie wojskowe.

III RP – państwo bez strategów

Jak na tym tle prezentuje się stan nauk strategicznych w Polsce? Pomimo rozkwitu popularności różnych kierunków akademickich z bezpieczeństwem w nazwie jest nam daleko do ideału postulowanego przez anglosaskich liderów gatunku. Zasadniczymi problemami są dość rygorystyczny rozdział sfery nauki politycznej i nauk wojskowych oraz kryzys każdej z tych dziedzin z osobna. Nowo utworzone kierunki bezpieczeństwa narodowego czy studiów strategicznych, usytuowane na wydziałach politologicznych w ramach uczelni cywilnych, cierpią z powodu niedostatku fachowego odniesienia do nauk wojskowych. Upodabniają się w ten sposób do klasycznych stosunków międzynarodowych. Na gruncie politologicznym fundamentalnym problemem jest jednak zasadnicza (z kilkoma chlubnymi wyjątkami) niepopularność podejścia realistycznego pośród polskich akademickich liderów stosunków międzynarodowych. Przykładem mogą być liberalne, wilsoniańskie poglądy; ich symbolem mogą być publikacje Ryszarda Zięby i Romana Kuźniara, którym przypisać można zbyt daleko idącą wiarę w koniec klasycznej konfrontacji militarnej pomiędzy państwami i w system prawa międzynarodowego. Kuźniarowi nie można jednak odmówić zasługi w postaci przybliżenia zachodniej myśli strategicznej mniej obeznanym w języku Shakespeare’a czytelnikom[13].

Ten deficyt zainteresowania celami i sposobami użycia przez państwo swej zorganizowanej siły wiązać chyba można z dziedzictwem PRL. W poprzednim systemie monopol kształtowania strategii należał do Moskwy. Fakt, że po Polsce Ludowej odziedziczyliśmy narzędzia, sprzyjał raczej inercji niż narodzeniu refleksji o sposobach ich użycia. Kolejny systemowy problem to upodobanie do metody „ex cathedra” i brak seminaryjnych „case studies”, które są najlepszą metodą nauki strategii jako „sztuki działania”. Każdy problem strategiczny ma cechę sui generis, dlatego nie jest możliwe stworzenie instrukcyjnego podręcznika, do którego stosowanie się zapewniłoby zwycięstwo w każdej sytuacji. Adeptów kierunku trzeba więc przede wszystkim nauczyć myśleć i brać pod uwagę jak najszersze spojrzenie na problem.

Jednak gros cywilnych „studiów bezpieczeństwa” to kierunki uczące procedur i pobieżnej wiedzy o rzemiośle poszczególnych służb bezpieczeństwa państwa. Kierunki te są prowadzone w znacznej mierze przez byłych wojskowych i funkcjonariuszy innych służb państwa. Nie aspirują one nawet do uczenia swych adeptów relacji pomiędzy polityką państwa a jej narzędziami i są jedynie swego rodzaju ersatzem zawodowych szkół dla formacji mundurowych.

Aspiracje do kształtowania strategów ma za to część naukowców w mundurach z większości wojskowych uczelni. Część środowiska Akademii Obrony Narodowej (dawniej Akademii Sztabu Generalnego im. gen. Karola Świerczewskiego połączonej z Wojskową Akademią Polityczną im. Feliksa Dzierżyńskiego) chciała swego czasu ubrać te ambicje w instytucję Uniwersytetu Bezpieczeństwa Narodowego. Niestety, do wspomnianego przeze mnie wcześniej sceptycyzmu zachodnich akademików do tworzenia kuźni kadr strategów na uczelniach wojskowych można w tym wypadku dodać następny argument. Jest nim szczególny konformizm większości naszych wyższych kadr wojskowych – produkt PRL oraz długoletniej redukcji sił zbrojnych (a co za tym idzie, kurczowej walki o stanowiska w kurczącej się armii). Ta specyficzna kultura w zetknięciu z kulturą nowych sojuszników z NATO zaowocowała raczej powierzchowną imitacją niż autentyczną i jakościową przemianą. Nie jest to więc idealne środowisko do szerzenia nieszablonowego sposobu myślenia o strategii, której jedną z głównych cech jest przecież paradoks[14].

Wykształćmy cywilne elity wojskowe!

Czy jest więc jakieś rozwiązanie, aby zaszczepić bardziej rozwinięty model kształcenia kadr zajmujących się problemami strategicznymi, w takich krajach jak Polska? Przykład Estonii, kraju również postkomunistycznego, i przecież znacznie od nas mniejszego, pokazuje, że tak. Estończycy wspólnie z Łotyszami i Litwinami skorzystali z pomocy państw skandynawskich oraz partnerów z NATO i od podstaw stworzyli najwyższy szczebel swojego szkolnictwa wojskowego w postaci Baltic Defence College w Tartu (dawny Dorpat). Z uwagi na skalę nie byli w stanie stworzyć własnego cywilnego szkolnictwa strategicznego. Wysyłają więc swoich cywili do najlepszych zachodnich ośrodków akademickich w tej dziedzinie. Utworzyli też własny, niewielki, ale profesjonalny, sponsorowany przez rząd think tank zajmujący się problematyką obronności. Zatrudnia on ekspertów z wielu innych krajów, a jego szefem jest obecnie jeden z byłych zastępców sekretarza stanu USA, zarazem wybitny ekspert od zagadnień eurazjatyckich[15].

Po dwóch dekadach „pauzy strategicznej” wchodzimy w okres powrotu do klasycznej gry potencjałów państw. Żeby móc się z nimi zmierzyć, potrzeba nam świeżego, nieschematycznego spojrzenia na użycie zorganizowanej siły naszego kraju. W tym celu nieodzowny jest odpowiedni system kształcenia cywilnych elit, które powinny się tą tematyką zajmować.

Tomasz Szatkowski (ur. 1978), absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (prawo, Podyplomowe Studium Bezpieczeństwa Narodowego) oraz King’s College London (MA in War Studies połączonego z programem MA in Intelligence in International Security). Pracował w KPRM, Grupie Bumar, oraz w Parlamencie Europejskim. Kieruje Zespołem ds. Bezpieczeństwa Militarnego w Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej. Stały współpracownik „Rzeczy Wspólnych”.

 


[1] Oba cyt. w: R. K. Betts, Should Strategic Studies Survive?, [w:] „World Politics”, Vol. 50, Nr. 1. Specjalne wydanie z okazji pięćdziesiątej rocznicy (październik, 1997), ss. 7–33

 

[2] A. D. Chandler, Strategy and Structure, Cambridge 1962

[3] C. S. Gray, Modern Strategy, Oxford 1999, s. 1; Toczy się debata, czy do tak definiowanej nauki o strategii zaliczyć badania politycznego użycia dyplomacji, propagandy czy też zasobów energetycznych. Niektórzy zaliczają je do szerszej tzw. grand strategy. Ja przychylałbym się do uznania bliskiego pokrewieństwa tych zagadnień z klasyczną nauką strategii. Odnosi się to zwłaszcza do mnożących się po 11 września 2001 r. jak grzyby po deszczu Intelligence studiem, kierunków akademickich koncentrujących się na badaniach interakcji służb specjalnych ze sferą polityki państwa.

[4] C. D. Walton, Strategists in Context, [w:] „Comparative Strategy”, Nr 23, 2004, ss. 93–99

[5] J. Baylis, The Continuing Relevance of Strategic Studies in the Post-Cold War Era, [w:] „Defence Studies”, vol. 1, Nr 2, 2001, ss. 1–14

[6] Warto jednak zauważyć, że realizm nie zawsze idealnie tłumaczy wszystkie zachowania podmiotów państwowych. Ciekawy wkład do strategii mają choćby teorie organizacyjno-behawioralne czy też podejście zakładające uwarunkowania kulturowe z jego sztandarowym pojęciem kultury strategicznej.

[7] R. K. Betts, op. cit., s. 23

[8] H. Kissinger, Diplomacy, New York 1994,  s. 120

[9] Według innych źródeł stwierdził: „La guerre! C’est une chose trop grave pour la confier à des militaries”.

[10] B. Brodie, Strategy as Science, „World Politics”, Nr 1, 1949, s. 468

[11] R. K. Betts, op. cit., s. 12

[12] B. Posen, The Sources of Military Doctrine, New York 1984

[13] R. Kuźniar, Polityka i siła, studia strategiczne – zarys problematyki, Warszawa 2005

[14] O paradoksalnej logice strategii pisze Edward Luttwak w: Strategy, the Logic of War and Peace, Cambridge 2001

[15] International Centre for Defence Studies w Tallinie

KOMENTARZE

  • Autor
    Nieprawdą jest, że nie istnieją seminaria dotyczące studiów strategicznych. Słusznie natomiast autor zauważa, że studia strategiczne stały się dziedziną wyjątkowo interdyscyplinarną. Większość osób stara się nie dostrzegać (jest to wyraz skrajnej lekkomyślności) potencjału jaki tkwi w możliwościach danych przez symulatory strategiczne. Ich sama nazwa wiele mówi, chociaż w powszechnym mniemaniu uchodzą one za zwyczajne gierki. W rzeczywistości każde spotkanie szerszego grona "strategów-graczy" stanowi tego typu seminarium. Jest to jednak temat szeroki i wymagający otwartego spojrzenia na świat.
  • @night rat 10:49:07
    "przyda nam się prawdziwa kuźnia kadr"
    ===========

    Kuźnia kadr i szkoła myślenia geopolitycznego? Byle nie kuźniar kadr;)

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Ku%C5%BAniar

    Przy czym akurat podzielam sceptycyzm co do tarczy USA, czy nawet NATO ulokowanej na terenie Polski, tzn przeciw pociskom międzykontynentalnym zwłaszcza, natomiast schodząc w dół coraz bardziej popieram uzbrojenie defensywne, łącznie z tarczą jaką widzimy w Izraelu skuteczną przeciw katiuszom, a nawet granatom moździerzowym 120mm, tyle że to skrajnie nieracjonalne kosztem. To musi być tańsze, może inne technologie, to dopiero przecież początek.

    http://www.rp.pl/artykul/551303-Wrog-tarczy--ktory-lubi-pod-gorke.html

    To raczej JEDNAK (acz potrafi to maskować) człowiek Moskwy i w tym problem. To że mam podobne poglądy co do tarczy, misji zagranicznych, to nie znaczy że wywnioskowaliśmy je z tej samej podstawy, bo tak nie jest.

    Polska nie jest dobrą lokacją na strategiczną tarczę, to kraj frontowy do zajęcia w kilka godzin zdecydowaną agresją lądową. Instalacje tarczy w razie wojny przetrwają jakieś pięć minut, mogą być też zniszczone bez wojny atakami dywersji, np ładunkami atomowymi tzw walizkowymi, a może tradycyjnie jakaś ciężarówka z 40 tonami "nawozu". Zatem o co chodzi? Tego nie napisze nigdy taki Kuźniar, acz może myśli to samo co ja, a może to co każą z Moskwie myśleć.

    USA chcą z nas zrobić Pearl Harbor, kraj od którego być może zacznie się wojna, albo który wojna nie ominie właśnie m.in z uwagi na tarczę. USA zatem źle nam życzą! To mi od początku chodziło po głowie. Będziemy na celowniku nie tylko Rosji, ale wszystkich mocarstw atomowych mających rakiety dalekiego zasięgu, zwłaszcza mowa o Chinach. Po co nam to? To nie jest patriotyzm, to nie wzmacnia naszej obrony, to nas wystawia na nagły atak.

    Niech sobie więc USA, NATO stawia instalacje na terenie Niemiec które należy przecież okupować do końca świata... także u Czechów bo to bezpieczny teren, Norwegia musi uszczelniać z Niderlandami północ. Na Bałtyku może operować pływająca tarcza w ciągłych dyżurach, ale niech stacjonują w Niemczech na stałe. Niech Niemcy będą CELEM NR 1 dla jakiegoś tam agresora, czyli powiedzmy Rosji i Chin. Wiadomo że rakiety lecące przez Atlantyk najlepiej zestrzelić z Hiszpanii, Portugalii, Francji i Wielkiej Brytanii, do tego Grenlandia, strategiczna Islandia.

    Natomiast nam najbardziej grożą radzieckie rakiety o zasięgu 100-500-1500 km i takież pociski manewrujące np serii Raduga odpalane z bombowców zwłaszcza. Zresztą Niemcy też co nieco mają do ataku, a mogą mieć dużo więcej. Niemiec także musimy się obawiać i tego także żaden polityk nie powie, nawet Kaczyński rzekomo antyniemiecki, ale to PiS zgodził na weimarską euroarmię z Niemcami. Brygada właśnie weszła w gotowość bojową pod dowództwem UE, czyli... Berlina.

    Kaczyńskiego brygada unijna może kiedyś będzie pacyfikować Polskę po wygraniu przez PiS wyborów... tak kończą "wielcy stratedzy" od siedmiu boleści, albo kończą w Smoleńsku i nie jest to złośliwa nikczemność, ale smutna, chłodna konstatacja amatorszczyzny polskich polityków.

    Podsumowując. Żeby "zawodowi" spece nie udusili się swoją poprawną myślą geopolityczną w linii jednego z dworów (bo prawdziwie polskiej myśli nie ma, może na NE coś widać np u mnie), to trzeba oprócz profesorów dyskursu geopolitycznego także ze zwykłymi obywatelami. Trzeba think tanków obywatelskich, stopniowo będziemy podnosili swoją wiedzę i nie trzeba do tego oficjalnego systemu naukowego, doktorat, profesura nie daje mandatu na nieomylność i wszechwiedzę.

    Przykładem dobrym jest np polemizowanie prof Romualda Szeremietiewa, który polemizuje nie tylko ze swoimi studentami, ale także z nami na NE. To jest właśnie to. I widać wtedy różnice w podejściu, potrzebni są kolejni tacy odważni z grona ekspertów.

    Powstaje także RUCH NARODOWY, te nurty na pewno wygenerują nowe linie geopolityczne, pomijam jednak te oparte o Moskwę, wschód, chyba że w ujęciu docelowym, za wiele dekad, za 2 pokolenia, bo teraz sytuacja jest krytyczna i raczej wojna grozi do dekady, niż... szczera, przyjazna, pokojowa współpraca. Przy czym wojna niezależnie od władzy jaka będzie w Polsce. Rosja chętniej nawet zaatakuje prorosyjskie rządy, bo będziemy kompletnie zaskoczeni, bardziej jeszcze niż 17 września 1939. Taki prosowiecki rząd np Komorowskiego ferajny, czy SLD-PSL w ogóle nas do wojny nie przygotuje (także z powodów agenturalnych, nie tylko naiwnej, mylnej doktryny-założeń), a PiS miałby to na uwadze, przynajmniej mam taką nadzieję.

    Kształcenie zagraniczne to w dużej mierze zgoda na wytresowanie kadr pod kątem celów zagranicy, grantodawców, czyli raczej neokonów USA, lobbies izraelskiego... czy tego chcemy? Czy tym ludziom będziemy ufali bardziej niż tym wytresowanym w Moskwie, w PRL? Nie wiemy jacy są stypendyści, sorosowcy? To nie jest Gazeta Polska, to NE, tu się pisze niepoprawnie co się myśli. Nie owijam w bawełnę. Najpierw trzeba w Polsce kształcić, później ewentualnie zobaczyć co zagranicą, a po powrocie sprawdzić kadry wariografami czy ich nie zwerbowano, nie kupiono.
  • COŚ W TYM JEST
    a tu KWIATEK ,Z UW W KATOWICACH , ZAMÓWIENIE, OFERTY DO 5 GRUDNIA Zakupu sprzętu w postaci łóżek polowych, koców, śpiworów oraz mat samopompujących na potrzeby wyposażenia Stanowiska Kierowania Wojewody Śląskiego oraz jednostek organizacyjnych przewidzianych do militaryzacji - postępowanie nr II ?!a to PO CO ?!... boją się , że jednak biedacy nie zdzierżą dłużej tego wszystkiego ?!
  • Zamiar słuszny, ale nieskuteczny niestety
    Co nam dadzą takie studia, dopóki Polska jest zinwigilowana i sterowana przez obce mocarstwa tak by była słaba? Nasz lewy czy prawy sąsiad przejedzie się po nas, jak to robił i wcześniej. Cywilni stratedzy nie pomogą. Potrzeba zmiany totalnej i wykurzenia wrogich jednostek ze sterowania krajem i wtedy można zacząć budować siły zbrojne albo alternatywnie dozbrajać społeczeństwo, co mimo wszystko byłoby chyba skuteczniejsze. Takiej Szwajcarii nikt nie ruszy tam posiadanie broni i to porządnych karabinów, a nie jakiegoś tam pistoleciku, jest powszechne.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930